Czy męskość w XXI wieku przechodzi kryzys hormonalny? Moim gościem jest Tomasz Waligóra, ekspert męskiego zdrowia i Dyrektor Medyczny Męskiej Kliniki, który od lat zarządza nowoczesnymi podmiotami medycznymi, jako praktyk łączący terapię TRT z osobistym doświadczeniem.
Speaker ELEVATE przekonuje, że kluczem do długowieczności nie jest sama farmakologia, ale kompleksowa zmiana stylu życia. W rozmowie zdradził, dlaczego współcześni mężczyźni mają coraz mniej testosteronu i jak mądrze odzyskać życiową energię poprzez dbanie o sen, dietę oraz higienę psychiczną.
Michał Wieczorek: Tomku, spotykamy się, bo obaj mamy podobną misję: chcemy, aby mężczyźni dożywali setki w zdrowiu i świetnej formie. Dlaczego temat męskiego zdrowia i testosteronu stał się teraz tak palący?
Tomasz Waligóra: To temat ważny od lat, ale dziś mamy do czynienia z prawdziwym problemem cywilizacyjnym. Obserwujemy drastyczny trend spadkowy poziomu testosteronu u mężczyzn w społeczeństwach zachodnich. Co gorsza, nie mówimy tylko o naturalnym spadku związanym z wiekiem – który po 30. roku życia wynosi około 0,8% rocznie – ale o spadku niezależnym od metryki. Dane są alarmujące: średni poziom testosteronu dzisiejszego 25-latka odpowiada poziomowi, jaki jeszcze dwie dekady temu miał 70-latek.
Twoja przygoda z tym tematem nie zaczęła się jednak od statystyk, ale od osobistego zderzenia ze ścianą. Miałeś 24 lata i czułeś, że coś jest nie tak.
Dokładnie. Stety i niestety. Mimo młodego wieku miałem objawy typowe dla niedoboru: problemy z budową masy mięśniowej, ciągłe kontuzje, a w końcu zaburzenia nerwicowo-lękowe. W teorii wszystko było okej – zdrowo jadłem, trenowałem, dbałem o sen. Kiedy zbadałem testosteron i wynik mieścił się w zakresie norm referencyjnych, usłyszałem od lekarza: „Jesteś w normie, do widzenia”. To był pierwszy raz, kiedy zderzyłem się z systemem, który patrzy tylko na cyfry, a nie na pacjenta w całościowej formie.
Właśnie, te nieszczęsne „normy”. Wiele osób dostaje wynik i widzi, że mieści się w widełkach, ale czuje się fatalnie. Jak czytać te wyniki?
Normy laboratoryjne to często średnia społeczna populacji, w której produkowane są maszyny diagnostyczne – np. w USA, gdzie problem otyłości jest gigantyczny. Jeśli populacja choruje, normy są obniżane, by nie wysyłać wszystkich do lekarza. W widełkach 200-850 ng/dl mieści się zarówno zdrowy 20-latek, jak i schorowany 80-latek.
Kluczowe są jednak indywidualne czynniki danego organizmu, np. „wrażliwość receptorów androgenowych”. Jeden mężczyzna przy poziomie 400 ng/dl będzie czuł się świetnie, bo jego receptory są bardzo wrażliwe. Inny, przy 450 ng/dl, będzie miał depresyjny nastrój i zero libido, bo jego organizm nie potrafi tego testosteronu efektywnie wykorzystać. Dlatego fundamentem zawsze powinien być wywiad lekarski i ocena objawów, a nie tylko „suchy” wynik z kartki.
Kiedy zatem facet powinien zrobić pierwsze badanie, nawet jeśli nie ma wyraźnych problemów?
Najlepiej w tzw. “sweet spocie”, czyli między 20. a 30. rokiem życia. To czas, kiedy biologia daje nam najwyższe poziomy. Taki wynik to nasz personalny punkt odniesienia na przyszłość. Po 35. roku życia warto powtarzać badania co rok lub dwa, by monitorować, jak szybko ubywa nam tego paliwa.
Wspomniałeś, że zanim wejdziemy w farmakologię, musimy zadbać o fundamenty. Co najbardziej niszczy męskie hormony?
Numerem jeden jest nadwaga i tzw. „brzuszek”. Testosteron jest ściśle powiązany z metabolizmem. Otyłość może prowadzić do objawu insulinooporności, co obniża testosteron, a niski testosteron utrudnia spalanie tłuszczu – to błędne koło.
Smartwatch nie zastąpi gabinetu lekarskiego: Piotr Sędzik poprowadzi Masterclass na ELEVATE Health & Longevity Summit 2026!
Przeczytaj więcejKolejny zabójca to chroniczny stres. Stały wysoki poziom kortyzolu dosłownie rywalizuje z testosteronem i go neutralizuje. Do tego dochodzi brak higieny snu. Sypialnia powinna służyć tylko do spania i seksu, a nie do przeglądania telefonu czy oglądania telewizji. Już samo wywietrzenie pokoju i zaciemnienie go potrafi zdziałać cuda dla regeneracji hormonalnej.
A co z suplementami? Na rynku jest mnóstwo „boosterów” testosteronu. Czy to w ogóle działa?
Większość to marketingowe Eldorado. Tribulus nie działa. Suplementy takie jak cynk czy witamina D3 mogą pomóc, ale tylko wtedy, gdy mamy ich niedobory udokumentowane badaniami. Ashwagandha jest ciekawa, bo jako adaptogen pomaga zarządzać stresem, co pośrednio może podnieść testosteron u osób bardzo przebodźcowanych.
Jeśli jednak naturalne metody zawodzą, wchodzimy w obszar TRT i HTZ. Czym one się różnią?
Wyniki w normie to za mało: Dr n. med. Robert Jarema poprowadzi masterclass na ELEVATE Health & Longevity Summit 2026!
Przeczytaj więcejTRT (Testosterone Replacement Therapy) to terapia zastępcza – dostarczamy testosteron z zewnątrz, bo organizm (przysadka lub jądra) przestał go produkować w wystarczającej ilości. HTZ (Hormonalna Terapia Zastępcza) ma szersze spektrum i może polegać np. na stymulowaniu własnej produkcji, o ile jądra są jeszcze wydolne.
Trzeba jednak pamiętać o jednym: terapia to nie jest kuracja na miesiąc. Jeśli decydujemy się na TRT, zazwyczaj jest to decyzja na całe życie. To wybór między życiem z niedoborem i jego konsekwencjami (jak ryzyko chorób metabolicznych czy depresji, a docelowo przedwczesnego zgonu) a życiem z optymalnym poziomem pod kontrolą lekarza. Ważnym skutkiem ubocznym TRT jest też spadek płodności, o czym każdy mężczyzna planujący dzieci musi wiedzieć przed startem.
Na koniec wątek psychologiczny. Mężczyźni często wstydzą się mówić o słabości, o lęku, o tym, że „nie dają rady”.
To największa bariera. Chcemy być superbohaterami dla swoich rodzin, ale żeby nimi być, musimy być zdrowi. Jeśli facet olewa badania, nie dba o emocje i kumuluje stres, to w końcu pęka. Statystyki samobójstw wśród mężczyzn są przerażające. Musimy odczarować dbanie o siebie – to nie jest słabość, tylko prawdziwa odpowiedzialność za siebie i najbliższych.